O mnie

 Z wykształcenia politolog, pracujący w branży internetowej, w weekendy sędzia koszykarski. Nałogowy czytelnik, głównie fantastyki. Pisze o swoich literackich przygodach - byłych, obecnych i (czasem) przyszłych.






Kategorie: Wszystkie | przeczytane | wokół literatury
RSS
środa, 04 kwietnia 2012

Ile można wycisnąć z klasycznego heroic fantasy? Takiego spod znaku magii i miecza, Conana i Aragorna, elfów, krasnoludów i orków oraz gier RPG? Czy da się stworzyć oryginalną historię ze smokami, jeśli wzorujemy te gady na Smaugu z „Hobbita”?

Każdy szanujący się fan fantastyki ma na koncie sporo książek z tego gatunku. I to nie tylko tych z absolutnej klasyki, czyli przede wszystkim „Władcy Pierścieni”, powieści, która stworzyła kanony tak silne, że każdy pisarz, który zagłębia się w tą gałąź fantastyki musi się do niej w jakiś sposób odnieść czy „Conana”, który stworzył drugi nurt heroic fantasy, nazwijmy go na potrzeby tej recenzji „barbarzyńskim”.

Pisarze wchodzący w tą konwencję mają dwa wyjścia. Mogą podporządkować się tym prawidłom. Wówczas trudno stworzyć coś oryginalnego. Wiadomo, elfy muszą być dumne, wyniosłe, połączone z naturą. Krasnoludy to małe, brodate gbury specjalizujące się w metalurgii. A orki (czy też orkowie, zależy jaką konwencję przyjmie pisarz/tłumacz) to wielkie, głupie i brutalne stworzenia kochające walkę i zabijanie.

Drugim wyjściem jest złamanie wszelkich konwencji. Elfy barbarzyńcy? Wyrafinowane krasnoludy? Orkowie i Mordor jako centrum rewolucji industrialnej, buntu przeciwko opresyjnej magii? Możliwości jest sporo.

Do tej pory wydawało mi się, że pierwsza droga prowadzi do książek nienajlepszych literacko, które jednak potrafią być przyjemnymi czytadłami, takich spod znaku „Forgotten Realms”, spopularyzowanych przez kultową dla mojego pokolenia grę komputerową „Baldur’s Gate”, czy serii „Dziedzictwo” (w Polsce znanej raczej od pierwszego tomu jako „Eragon”). To ta druga droga miała tworzyć ciekawe i nietuzinkowe wizje.

 

Czytałem kiedyś, że każdy pisarz fantastyczny marzy, by któregoś dnia stworzyć bohatera, którego puści na heroiczny quest ratujący świat zaludniony prze elfy, krasnoludy, etc. Jeśli tak, to Marcinowi Mortce udało się zrealizować swoje marzenia.

Pisarz ten do tej pory znany był głównie z powieści osadzonych w realiach historycznych, wzbogaconych przez elementy fantastyki, m.in. w średniowiecznej Skandynawii czy Palestynie w czasie krucjat. Tym razem stworzył swój własny świat.

 

Uwaga, recenzja dotyczy drugiego tomu serii. Poniżej znajdują się więc pewne informacje (spojlery), które mogą popsuć lekturę osobom planującym rozpoczęcie od tomu pierwszego.

 

Akcja „Drugiej Burzy” zaczyna się w chwili, w której kończy się „Martwe jezioro”, pierwszy tom serii. Pułkownik Mads Voorten decyduje się stanąć na czele drugiego powstania przeciwko panującym nad światem imperium Smoczycy i na czele małego oddziału wyrusza zza Martwego Jeziora, by rozpalić w imperium powstanie, tytułową Drugą Burzę. Pamiętając o przyczynach klęski pierwszej Burzy, w której służył jako dowódca lekkiej kawalerii, nie chce się wikłać w politykę. Jednak w miarę jak dołączają do niego nowi sojusznicy, okazuje się, że każdy ma swój interes, a  stojąc na czele tak dużej armii, od polityki się nie ucieknie.

 

Choć Marcin Mortka porusza się w ramach heroic fantasy, to jednak udało mu się uniknąć sztampy i za to należą mu się wielkie brawa. Oczywiście wiele elementów może wydawać się znajomych, ale odbiór całości jest zdecydowanie pozytywny. Duża w tym zasługa bohaterów. Seria nie ma tak naprawdę pozytywnego bohatera. Każdy z bohaterów jest osobą, która powstanie wykorzystuje do załatwienia interesów swoich lub swojego narodu (ewentualnie rasy). Nie oznacza to oczywiście, że bohaterowie są źli do szpiku kości. Wręcz przeciwnie, ale na pewno nie są to tak honorowe i gotowe do poświęceń istoty jak tolkienowska Drużyna Pierścienia. Pułkownik Voorten to wredne i sarkastyczne bydlę, chętnie wyładowujące swoją frustrację na podwładnych, choć trzeba przyznać, że z dowodzeniem na polu bitwy świetnie sobie radzi.

Innym chwytem, który robi dla książki wiele dobrego, jest wprowadzenie polityki. Koalicja ras i narodów występujących przeciw imperium Smoczycy jest bardzo rozbudowana, a każdy członek tej koalicji ma własne interesy, często sprzeczne z interesami innych. W klasycznym heroic fantasy doszłoby zapewne do jakiegoś kompromisu w obliczu większego zła. Mortka, świetny znawca historii, zapewne przestudiował losy podobnych koalicji w naszym świecie. W jego powieści, tak jak w naszej historii, wiele grup skłonnych jest raczej porzucić powstanie niż pójść na kompromis.

Na koniec brawa należą się wydawnictwu. „Druga Burza” jest znakomicie wydana, a okładka jest jedną z efektowniejszych na naszym rynku, tak ze względu na świetną grafikę, jak i efektowne użycie druku wypukłego.

 

Zarówno „Martwe Jezioro” jak i „Druga Burza” to powieści godne polecenia, które na pewno spodobają się fanom literatur spod znaku magii i miecza. Mortka, tak jak w swoich pozostałych powieściach, szanuje czytelnika na tyle, by nie przynudzać. Wartka akcja sprawia, że „Drugą Burzę” pochłania się błyskawicznie i z zainteresowaniem czeka na kontynuację.

 

Marcin Mortka, „Druga Burza”
Wydawnictwo Fabryka Słów 2012

 

ZOBACZ TEŻ:

Marcin Mortka – „Miecz i Kwiaty. Tom 3.”

Christopher Paolini – „Dziedzictwo”, czyli zamknięcie „Eragona”



czwartek, 29 marca 2012

Richard Pipes urodził się w rodzinie polskich Żydów w Cieszynie, a dorastał w  Warszawie. W 1939 r. rodzina, razem z 16-letnim wówczas Richardem, uciekła przed wojną do USA. Tam Pipes ukończył studia i został historykiem specjalizującym się w historii Związku Radzieckiego. W latach 1981-1982 był doradcą prezydenta Reagana ds. Związku Radzeckiego i Europy Wschodniej. Uważany jest za jednego z najwybitniejszych znawców problematyki komunizmu i ZSRR, którą wyłożył w kilkunastu książkach.

Najważniejszą jego pracą jest monumentalna monografia na temat rewolucji rosyjskiej. Jest ona częścią trylogii, w której Pipes przedstawia kontrowersyjną, ale bardzo dobrze uargumentowaną tezę: komunizm w wersji sowieckiej nie jest tylko ideą zaimportowaną z Europy Zachodniej. Leninizm i stalinizm mają swoje źródła głęboko w autokratycznej tradycji władzy w Rosji.

 

Pierwszy tom trylogii, „Rosja carów”, może nieco zawieść czytelnika, który spodziewa się wykładu na temat dziejów państwa rosyjskiego. Pipes skupia się tam raczej na ewolucji ustroju, przytaczając wydarzenia historyczne o tyle, o ile jest mu to potrzebne do wyjaśnienia pewnych zagadnień związanych z systemem władzy, powiązań między władzą a obywatelami oraz relacjami między poszczególnymi grupami społecznymi. Warto wcześniej przeczytać jakieś krótkie opracowanie historii Rosji, żeby nie pogubić się w narracji Pipesa, który prowadzi czytelnika tematycznie, nie zawsze chronologicznie. Jeśli ktoś szuka dużej monografii na temat stricte historii, polecam książkę Michaiła Hellera „Historia Imperium Rosyjskiego”.

 

Tom drugi, „Rewolucja Rosyjska”, to jądro całej trylogii. Pipes wychodzi w nim z założenia, że wielkie wydarzenia historyczne nie zaczynają się jednego dnia. Rewolucji francuskiej nie rozpoczął szturm na Bastylię, a rewolucja rosyjska nie zaczęła się od obalenia cara.

Z tego względu Pipes szeroko omawia rewolucję 1905 r., którą nazywa próbą generalną przed dwanaście lat późniejszą rewoltą, sięga też do buntów na uczelniach w roku 1899. Szeroko opisuje starcie między dumą i carem, wynikające z wprowadzenia w 1906 r. konstytucji, próby reform upadającego ustroju oraz sytuację w Rosji podczas I wojny światowej.

Najwięcej miejsca poświęca jednak wydarzeniom z 1917 r. Opisuje historię i genezę ruchu socjalistycznego oraz jego rozłamy, które doprowadziły do powstania partii bolszewickiej. Dokładnie omawia rewolucję lutową, kilka miesięcy rządów demokratycznych oraz kryzys, który umożliwił bolszewikom dokonanie zamachu stanu. Rozprawia się też z mitem, jakoby październik był jedynie kontynuacją rewolucji i pokazuje, że przewrót bolszewicki był w swojej istocie akcją kontrrewolucyjną.

 

Tom trzeci, „Rosja Bolszewików”, wbrew nazwie nie opisuje całej historii Związku Radzieckiego, a jedynie okres od udanego bolszewickiego zamachu stanu do śmierci Lenina w 1924 r. Pierwsza część książki opowiada historię wojny domowej, kiedy to bolszewicy zniszczyli wszelką opozycję wewnętrzną i rozbili trzy armie białych, a także zlikwidowali rywali do władzy wywodzących się w innych nurtów socjalizmu.

Druga część to opis budowy państwa totalitarnego, zrębów tego, co później stało się znane jako stalinizm: czerwonego terroru, kontroli państwa nad każdą dziedziną życia oraz pierwsze nieudane próby kolektywizacji. Opisuje także jak Stalin z „miernego ale wiernego” biurokraty zdołał wybić się na pozycję, która umożliwiła mu zostanie najstraszliwszym masowym mordercą w dziejach.

W jednym z bardziej kontrowersyjnych rozdziałów opisuje też, jak z państwa leninowskiego wzorce czerpali Mussolini i Hitler, którzy, odcinając się od ideologii komunistycznej, chętnie importowali totalitarne rozwiązania bolszewików na własny grunt.

 

Richard Pipes bywa krytykowany za swoje prace. Sam nie ukrywa, że duży wpływ na jego postrzeganie historii miało dzieciństwo spędzone w Polsce, w cieniu ZSRR. Niechętny mu Aleksander Sołżenicyn zarzuca mu, że jego książki to „polska wersja historii Rosji”. Jednak czytając Sołżenicyna widać wyraźnie, że autor „Archipelagu Gułag” jest przedstawicielem nacjonalizmu wielkoruskiego, który uznaje zbrodniczy ruch komunistyczny za coś narzuconego Rosji z zewnątrz, a tezy Pipesa o pokrewieństwie między caratem a ruchem komunistycznych (a uważny obserwator dostrzeże także podobieństwa do współczesnego putinizmu) stoją z tym w ewidentnej sprzeczności.

Książki Pipesa to lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych Rosją i jej historią. Uczony pisze bardzo przystępnym językiem i jego prace czyta się stosunkowo łatwo (jak na książki naukowe). Zapewne nie spodobają się one tym, którzy mają bardzo romantyczne wyobrażenia o komunizmie, podsycane przez wiele lat przez lewicową propagandę, ale stanowią świetny punkt wyjścia do dalszych lektur nad tym zbrodniczym reżimem.



Richard Pipes, „Rosja Carów”, „Rewolucja Rosyjska”, „Rosja Bolszewików”
Wydawnictwo Magnum 2005

wtorek, 20 marca 2012

Miroslav Žamboch to autor nieźle rozpoznawalny w Polsce. Fabryka Słów wydała m.in. jego serie o Koniaszu, R.C. czy agencie JFK (John Francis Kovař). Autor ten znany jest głównie z bardzo naturalistycznych opisów przemocy, ciekawych i niejednoznacznych postaci oraz z dawania swoim bohaterom niesłychanego wycisku.

Czeski fizyk atomowy i pisarz sięgnął tym razem po motyw wydawałoby się ograny do cna – spotkanie ludzi i dinozaurów.

Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku Steven Spielberg zachwycił widzów kinowych „Parkiem Jurajskim”, w którym ożywił dinozaury. Jednak szalejący po wyspie na Pacyfiku tyranozaur to potulny baranek w porównaniu z Žambochowymi gadami.

 

Zawiązanie fabuły „Łowców” jest proste, banalne i rutynowe do bólu. Oto Mark Twili, szeregowy fizyk z ośrodka badań nad czasoprzestrzenią zupełnym przypadkiem odkrywa wektor, który pozwala się przenieść w czasie o około 101 milionów lat wstecz. I to nie tylko przenieść, ale także stamtąd wrócić. Dowiaduje się o tym jego znajomy Jan Petr, organizator egzotycznych polowań i obaj postanawiają na tym zarobić. Zorganizują łowy na naprawdę grubego zwierza – dinozaury.

Oczywiście nie trzeba chyba wyjaśniać, że cała gromada podróżników z XXI wieku trafia do okresu jury wyposażona w samochody terenowe, sprzęt podróżniczy i nowoczesną broń. Dla nikogo też chyba nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że dopiero tu zaczyna się prawdziwa akcja.

 

Žamboch potrafi znakomicie oddać klimat jurajskiej Ziemi. Nie ulega wątpliwości, że odrobił pracę domową. Czytelnik niemal czuje na własnej skórze duchotę i wilgoć. Nawet te fragmenty, gdzie pisarz uzupełnia luki w wiedzy naukowców własną wyobraźnią, stają się prawdopodobne.

To jest obcy świat, do którego ludzie nie pasują i z każdą stroną autor daje nam tu odczuć. To nie są wskrzeszone dinozaury przeniesione do naszych czasów u Spielberga. To nie są poczciwe bestyjki z „Flinstonów”. To niegościnny i niebezpieczny świat. A przejście powrotne otworzy się tylko raz o określonej porze.

Przez cały czas czytelnik czuje narastającą grozę. To co najbardziej spodobało mi się w tej książce to fakt, że do końca, aż do ostatniej strony, nie wiadomo co tak naprawdę jest największym zagrożeniem. Niegościnny klimat? Niebezpieczne gady? Nadmierna zależność współczesnego człowieka od techniki? Czy też potwierdzi się stare przysłowie, że „człowiek człowiekowi wilkiem”? Žamboch umiejętnie stopniuje napięcie przez całą powieść. Daje czytelnikowi złudną chwilę odpoczynku, by po chwili znów wcisnąć go w fotel.

Do tego dochodzi galeria ciekawych, wyraźnie zarysowanych postaci. Niektóre proste jak konstrukcja cepa od razu idą na czołowe zderzenie z innymi członkami ekspedycji, inne zaskakują ujawniając prawdziwą, a początkowo głęboko skrywaną osobowość.

 

W „Łowcach” wszystko do siebie pasuje, wszystko jest na swoim miejscu i składa się na znakomitą powieść. Przeszło 500 stron mija jak z bicza strzelił.

Niech się chowa Spielberg! Dla mnie nowym królem parku jurajskiego jest Miroslav Žamboch. Całe szczęście, że powieść kończy się słowami „Ciąg dalszy nastąpi…”. Niecierpliwie czekam, aż będę mógł powrócić do tego świata.

 

Miroslav Žamboch, „Łowcy”
Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2010
552 s.

 

ZOBACZ TEŻ:

Miroslav Žamboch – „Koniasz. Wilk samotnik”



piątek, 16 marca 2012

Christopher Paolini to fenomen w równej mierze medialny co literacki. Zainteresowanie jego książkami podsycali umiejętnie rodzice, którzy związani są z branżą wydawniczą i doskonale wiedzieli jak kręci się ten biznes. Media amerykańskie łatwo łyknęły historię o genialnym nastolatku, który nie chodził do szkoły, a nauczali go rodzice. Wpisało się to w amerykańską debatę, w której zwolennicy państwowej kontroli nad edukacją ścierali się ze zwolennikami uczenia dzieci przez rodziców. Paolini był argumentem tych drugich. Popatrzcie, mówili i pisali, oto dzieciak, który nie chodził do publicznej szkoły, a jako nastolatek jest już wielkim pisarzem.

W USA „Eragon”, debiutancka powieść Eragona, stał się fenomenem. W tym czasie lepiej sprzedającą się książką dla dzieci i młodzieży była jedynie piąta część „Harry’ego Pottera”. A jako że trendy w popkulturze idą najczęściej ze Stanów, to cały świat, w tym i Polska, szybko zaczął zaczytywać się w „Eragonie”, a Holywood przerobiło książkę na film z Jeremym Ironsem (i na tym nazwisku należy zakończyć wymienianie jakichkolwiek zalet filmu, który okazał się takim gniotem, że nie sfilmowano kontynuacji).

Od strony literackiej seria o Eragonie, chłopcu ze wsi, który znalazł smocze jajo, nie jest specjalnie wybitna. Nie jest też słaba. Jest to po prostu nienajgorzej napisana powieść fantasy spod znaku „Magii i miecza”, kolejna z wielkiej fali mniej lub bardziej udanych naśladowców „Władcy Pierścieni”. Gdyby autor miał dziesięć lat więcej, Eragon pozostałby zapewne serią, którą kupuje się na lotnisku za 5$, by uprzyjemnić sobie podróż.

 

Uwaga, wpis ten jest recenzją ostatniego tomu serii, więc pewne informacje poniżej mogą zaspojlerować pierwsze trzy tomy. Jeśli ich nie czytaliście, resztę wpisu przeglądacie na własne ryzyko ;)

 

Największym zarzutem jaki można postawić  serii jest brak jakiejkolwiek oryginalności. Kolejne motywy fabularne i sposób budowy świata to potrawa złożona z „Władcy Pierścieni”, „Gwiezdnych Wojen” i kilku mniej znanych serii fantasy. Mamy więc absolutnie stereotypowe elfy, krasnoludy, smoki i orki (dla niepoznaki zwane urgalami). Te ostatnie, identycznie jak u Tolkiena, wykształciły rasę wielkich wojowników, tworzących osobną kastę. Z kolei Eragon to właściwie Luke Skywalker, wieśniak z największego zadupia, który przypadkiem (albo nie całkiem przypadkiem, jak okazuje się po pewnym czasie zarówno w „Eragonie”, jak i w „Gwiezdnych Wojnach”) załapuje się do, wydawałoby się, całkowicie zniszczonego zakonu obrońców prawa, z którego przeżyło tylko dwóch starców, z których jeden rozpoczyna jego szkolenie, ale ginie w boju, a kontynuuje je drugi.

Oczywiście, nawet świetnie znane danie można podać tak, by zjeść je ze smakiem. I to Paoliniemu się udało. Chociaż motywy są znajome jak schabowy z frytkami, to wchodzą równie gładko i z niemałą przyjemnością. Początkowo Paolini zapowiadał, że cała historia zamknie się w trzech tomach, ale w toku pracy postanowił, że cykl zwieńczy tom czwarty – Dziedzictwo.

 

 

Wydaje się, że ostatni tom powstawał w niemałych bólach, zresztą o problemach twórczych sam Paolini kilkakrotnie wypowiadał się w mediach. Otrzymaliśmy więc zamknięcie cyklu, które nie ustrzegło się wad poprzednich części, a do tego dorobiło się kilku nowych.

Przede wszystkim już w momencie publikacji trzeciego tomu („Brisingr”) Paolini miał 25 lat. Publikując „Dziedzictwo” miał już na koncie 28 wiosen. Przestał być genialnym dzieckiem i mam wrażenie, że dość prosta konwencja, którą przyjął jako nastolatek, zaczęła go nieco uwierać. Od pierwszych kart „Dziedzictwa” widać, że powieść ma być znacznie cięższa, a na kartach ma grasować duch rozpaczy, śmierci i niepewności.

Niestety Paolini czuł się zdecydowanie lepiej w poprzedniej przygodowo-awanturniczej konwencji. „Dziedzictwo”, rozbite w Polsce nie wiedzieć czemu na dwa tomy, ciągnie się niemiłosiernie w oczekiwaniu na ostateczną bitwę. Czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy. A gdy już się doczekamy, to jest ona zadziwiająco krótka, jak na objętość całości. Czy to dobrze czy źle niech każdy oceni sobie sam. Ja czułem się trochę zawiedziony.

Niestety Paolini nie uniknął nawiązań do Tolkiena, a niektóre wątki kończą się dziwacznie, jakby sam autor nie był do końca pewien co chce z tym fantem zrobić. Przy okazji postanowił zaprezentować nam trochę filozofii. Dość powiedzieć, że fragmenty, gdzie Eragon duma na temat sensu życia są najsłabsze w całym cyklu.

 

„Dziedzictwo” to lektura obowiązkowa dla czytelników poprzednich tomów. Warto zapoznać się z całym cyklem. Czyta się to szybko, łatwo i mimo mankamentów dość przyjemnie. Moja nieco negatywna opinia o książkach Paoliniego nie wynika z ich faktycznej słabości, bo wiele książek fantasy popełnia wymienione przeze mnie wyżej grzechy w znacznie większym natężeniu. Jest to raczej efekt zachwytów mediów, których ta seria z pewnością nie była warta. „Eragon” jest ciekawy jako pewne zjawisko kulturowe, literacko plasuje się w tym samym szeregu co inspirowane RPG powieści spod znaku Forgotten Realms czy Dragonlance.

 

Christopher Paolini, „Dziedzictwo” t. I i II
Wydawnictwo MAG, 2011 i 2012

czwartek, 26 stycznia 2012

Anne Bishop – Świt Zmierzchu„Świt Zmierzchu” to dziewiąty i ostatni już chyba tom cyklu „Czarne Kamienie”, który zyskał sobie w u nas wielu fanów, w tym i autora tego bloga. Wygląda na to, że to tom ostatni, bo choć zawsze da się dopisać kolejne części, to jednak „Świt Zmierzchu” wygląda na pewne pożegnanie ze światem, który Anne Bishop wykreowała w tym cyklu. Choć oczywiście nigdy nie wiadomo co się stanie, gdy autorka będzie potrzebowała pieniędzy :)
Podobnie jak „Serce Kaeleer” najnowszy tom to zbiór czterech opowiadań, tym razem trzymających dość równy poziom.

Winsolowe prezenty” to krótka i zabawna historia świąteczna rozgrywająca się zaraz po wydarzeniach opisanych w „Splątanych sieciach”. Obserwujemy świąteczne przygotowania całej rodziny SaDiablo, a paroksyzmy śmiechu mogą spowodować poczynania Deamonara, małego synka Lucivara.
Odcienie honoru” to zdecydowanie najdłuższe, bo niemal 200-stronicowe z opowiadań w tym tomie, bezpośrednia kontynuacja poprzedniego. Jednym z wątków jest los Falonara, zastępcy Lucivara, który buntuje się przeciwko szefowi. Drugim historia Surreal i Rainiera, którzy muszą sobie poradzić z urazami fizycznymi i psychicznymi, które odnieśli w pułapce w domu strachów.
Rodzina” skupia się na Sylwii, kochance Seatana. Jej akcja toczy się dziesięć lat po wydarzeniach znanych z poprzednich książek.
Ostatnim opowiadaniem jest „Córka Wielkiego Lorda”. Zamyka ono wiele wątków i najprawdopodobniej stanowi pożegnanie autorki z bohaterami „Krwawych kamieni”. Opowiada o losie Deamona i Lucivara po śmierci Seatana i Jaenelle. Zdecydowanie najsmutniejsze, ale też chyba najbardziej udane z całego zbioru.

Trudno powiedzieć, by „Świt Zmierzchu” wnosił coś nowego do twórczości Bishop. Autorka zamyka trochę wątków, wyjaśnia pewne niedopowiedzenia z poprzednich tomów i raczy nas tymi samymi bohaterami, których czytelnicy zdążyli pokochać, czyli pozornie brutalną i totalnie dysfunkcyjną, ale jednak kochającą się rodziną SaDiablo.
Warto zwrócić uwagę, że tym razem nie spotkamy bohaterów „Królowej Cieni” i „Pani Shaladoru”. Są jedynie mimochodem wspomniani w jednym z opowiadań, ale jeśli ktoś liczył na dalsze losy Cassidy i reszty shaladorskiej ferajny, przeżyje zawód.
„Świt Zmierzchu” to dość udane zakończenie całego cyklu. Fani powinni być zadowoleni (choć niewątpliwie znajdą się malkontenci niezadowoleni z uśmiercenia Jaenelle), ale na pewno nie da się tego czytać w oderwaniu od pozostałych tomów.

Anne Bishop – Świt Zmierzchu (Czarne Kamienie, tom 9.)
Wydawnictwo Initium 2012

 

ZOBACZ TEŻ:

Anne Bishop – Serce Kaeleer
Anne Bishop – Pani Shaladoru


czwartek, 15 grudnia 2011

Terry Goodkind znany jest głównie z bestsellerowego cyklu „Miecz Prawdy” dostępnego także w Polsce. Na jego podstawie Sam Raimi nakręcił serial „Legend of the Seeker”, jednak znaczne odstępstwa od książkowego pierwowzoru sprawiły, że serial miał kiepską oglądalność i produkcję zlikwidowano po dwóch sezonach.

„Reguła Dziewiątek” to pierwsza próba Goodkinda, by literacko przenieść się poza świat i bohaterów wykreowanych w „Mieczu Prawdy”. Początkowo pisarz zapowiadał, że będzie to raczej thriller niż powieść fantasy, ale chyba nie do końca udało mu się osiągnąć ten cel.

W „Regule Dziewiątek” poznajemy młodego malarza, Alexandra Rahla (Alexa), który mieszka i tworzy na wschodnim wybrzeżu USA. Jego ojciec nie żyje, matka jest schizofreniczką i siedzi zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Najbliższe relacje łączą go z dziadkiem, weteranem służb specjalnych. Alex maluje głównie klasyczne pejzaże, więc nie sprzedaje tylu obrazów co modni artyści abstrakcyjni. Dlatego gdy w swoje 27 urodziny otrzymuje w spadku ogromną połać ziemi w stanie Maine, wydaje mu się, że jego problemy się skończyły. Wręcz przeciwnie. W jego życie wkracza piękna zabójczyni Jax oraz złowrogie komando z innego świata. Wszyscy uważają, że o młodym malarzu mówi tajne proroctwo sprzed lat.

Wielu krytyków powątpiewało w możliwości Goodkinda, twierdząc, że stworzył jeden ciekawy świat, osadził w nim motyw fabularny i odcina jedynie kupony od sukcesu. Trzeba przyznać, że po szóstym tomie seria „Miecz Prawdy” (w sumie dwunastotomowa, a w sierpniu 2011 r. ukazała się jego kontynuacja, formalnie otwierająca nowy cykl) zaczęła się robić coraz słabsza. Jeśli jednak Goodkind chciał pokazać, że potrafi napisać coś zupełnie innego, to „Reguła Dziewiątek” okazała się próbą zupełnie nieudaną.

Choć akcja toczy się w naszym świecie, to nie trzeba znać biegle „Miecza Prawdy”, by zdawać sobie sprawę, że tym „drugim światem”, z którego przybyła Jax, jest właśnie świat Richarda i Kahlan. Zresztą fani natkną się na mnóstwo odniesień do różnych tomów cyklu.

Fabuła „Reguły Dziewiątek” i konstrukcja postaci jest bliźniaczo podobna do „Pierwszego prawa magii”, powieści otwierającej „Miecz Prawdy”. Mamy młodego człowieka, który zostaje wplątany w walkę o wolność, mamy piękną, młodą kobietę, która staje się jego towarzyszką i obrończynią, starca-przewodnika, złego władcę, którego trzeba powstrzymać czy pojmanie głównego bohatera, który na torturach wykuwa swój charakter.

Także relacje między Alexem i Jax do złudzenia przypominają te między Richardem i Kahlan. Do tego stopnia, że Jax ma dla Alexa „specjalny uśmiech”, zupełnie jak Kahlan dla Richarda. Gdyby nie inne imiona i osadzenie akcji we współczesnych Stanach Zjednoczonych nie byłoby mowy o deja vu, a raczej o autoplagiacie, o który zresztą momentami Goodkind i tak się ociera (trudno powiedzieć czy świadomie).

„Reguła Dziewiątek” to dzieło bardzo sprawne warsztatowo. Akcja rozwija się w dobrym tempie, punkty kulminacyjne i perypetie wplecione są w narrację wręcz wzorowo. Jedyne co może przeszkadzać co wtręty natury filozoficzno-światopoglądowej. Oczywiście Goodkind wkłada w usta postaci swoje własne poglądy, te same, w które wyposażył bohaterów „Miecza Prawdy”. Na szczęście nie zdarzają się już trzy-czterostronicowe monologi, które od szóstego tomu „Miecza Prawdy” z zapałem wygłaszał Richard. Moje poglądy są dość podobne, ale nawet ja miałem momentami dosyć kolejnych wykładów.

Odnoszę się do „Miecza Prawdy”, bo to jedna z moich ulubionych serii fantasy (niezależnie od jej wszystkich wad), a także ze względu na ewidentne paralele umieszczone w powieści przez samego autora. Jednak czytelnicy, którzy z Goodkindem się wcześniej nie zetknęli, mogą spokojnie sięgnąć po „Regułę Dziewiątek”. Nie wyłowią może żadnych smaczków (np. zupełnie niezrozumiałą będzie scena w sklepie z zabawkami), ale nie stracą niczego istotnego dla fabuły.

„Reguła Dziewiątek” to książka całkiem dobra, gdyby nie jej wtórność mógłbym uznać ją nawet za bardzo dobrą. Dla wielbicieli Goodkinda będzie to miła lektura na zimowe wieczory, a i inni czytelnicy lubiący thrillery fantasy nie powinni być zawiedzeni.

 

Terry Goodkind – Reguła Dziewiątek
Dom Wydawniczy REBIS, maj 2010
448 s.



13:28, zpierwszejpolki , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Wydana ostatnio przez Fabrykę Słów książka Olgi Gromyko to już trzeci tom przygód dyplomowanej czarodziejki Wolhy Rednej, znanej także jako W. Redna.

W najnowszym tomie swoich przygód Wolha cieszy się stanowiskiem Najwyższej Wiedźmy Dogewy, wampirzego państwa. Dodatkowo jest zaręczona z Lenem, władcą Dogewy. Żyć nie umierać, prawda?

Niestety Wolha widzi to inaczej. Nie na darmo skończyła typowo męski wydział magii praktycznej. Chce uzyskać tytuł bakałarza trzeciego stopnia, a do tego powinna ruszyć w drogę i, jak na maga-praktyka przystało, mierzyć się z potworami i chronić ludzkość przed złem. No i panicznie boi się wychodzić za mąż.

 

Początek może nieco zmylić czytelników znających poprzednie powieści. Wolha jest w drodze, podróżuje samotnie i rozwiązuje kolejne zagadki, a konstrukcja całości przypomina raczej zbiór opowiadań niż powieść.

Na szczęście dla fanów tej serii (w tym i mnie) Wolha na swojej drodze co rusz napotyka znajomych, akcja nabiera tempa, a pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego rozdziały zaczynają się łączyć w większą całość. Pojawią się praktycznie wszyscy ważniejsi bohaterowie z poprzednich tomów: znajomi ze studiów, na czele z zielarką Welką, wampirzy wojownik Rolar i jego ludzka przyjaciółka Orsana oraz oczywiście Len, dogewska zielarka Kella i cała reszta wesołej wampirzej ferajny.

 

Ogromną zaletą serii jest jej klimat, pełen humoru, często kpiący z napuszonych, epickich dzieł fantasy. Nie oznacza to, że książka w całości jest parodią. Wręcz przeciwnie, trup się ścieli gęsto, a i urazy bohaterki bywają dość poważne. Jednak pomiędzy kolejne starcia z potworami Olga Gromyko zręcznie wplata humorystyczne przerywniki, lekko kpiące z fantastycznych schematów. Niemałą w tym zasługa przyjętej konwencji, tzn. pierwszoosobowej narracji z perspektywy samej Wiedźmy, która jest wredna, sarkastyczna i w tym duchu komentuje rozgrywające się wokół niej wydarzenia.

Na przykład takie wampiry. Nie są ani krwiożerczymi potworami, ani romantycznymi stworami rodem ze „Zmierzchu”. Ot zwykłe istoty, trochę bardziej długowieczne, mające kilka magicznych talentów, ale różniące się od ludzi mniej niż elfy. Z kolei trolle to po prostu najemnicy, w których języku mieści się najwięcej przekleństw na jedno zdanie na całym świecie.

 

Wiedźma Naczelna zaczyna się dość niemrawo, ale mniej więcej od połowy zdecydowanie nabiera tempa. I to zarówno wątek tajemniczo-przygodowy, jak i wątek romansowo-osobisty (także przyprawiony sporą nutką ironii i humoru). Pozornie niewinna spawa okazuje się czymś bardzo skomplikowanym, a czytelnik nie ma czasu na nudę.

Olga Gromyko po raz kolejny stanęła na wysokości zadania. Trzeci tom przygód W. Rednej (i to jeszcze rudej!) wiedźmy na pewno zadowoli fanów. Tych, którzy nie spotkali się z tą serią polecam sięgnięcie po tom pierwszy – Zawód: Wiedźma (uwaga, w polskim wydaniu rozbity na dwie książki).

 

Olga Gromyko - Wiedźma Naczelna
Wydawnictwo Fabryka Słów
Lublin 2011
528 s.

 

ZOBACZ TEŻ:

Andrzej Pilipiuk – Wampir z M-3



niedziela, 20 listopada 2011

Aparatus to już czwarty tom opowiadań Andrzeja Pilipuka. Oczywiście mam tu na myśli opowiadania luźne, niepowiązane tematycznie, bo zbiory opowiadań z Jakubem Wędrowyczem czy Wampirami z warszawskiej Pragi to kolejne siedem tomów.

Poprzednie trzy zbiory opowiadań („2586 kroków”, „Czerwona gorączka”, „Rzeźnik Drzew”) trzymały pewien styl. Pilipiuk chętnie zagłębia się w historię najnowszą (końcówka XIX wieku i XX wiek), ale trzyma się terenów na wschód od Odry. Fascynuje go dziedzictwo I i II Rzeczpospolitej, kresy wschodnie, carska Rosja. Klasycznego fantasy czy SF jest tam jak na lekarstwo.

Trzy poprzednie tomy wykreowały też nowego bohatera – Pawła Skórzewskiego, syna zesłańca, lekarza, pracującego głównie w carskiej Rosji (choć poznajemy go, gdy w Skandynawii w opowiadaniu „2586 kroków” walczy z trądem). Skórzewski to patriota, ale przede wszystkim naukowiec, pragnący działać dla rozwoju medycyny. Zawsze sam, stawia czoło wyzwaniom, które podważają jego naukowy światopogląd.

 

Skórzewskiego nie mogło zabraknąć w „Aparatusie”. Tym razem jest głównym bohaterem trzech opowiadań.

„Ostatni biskup”. Akcja rozgrywa się na Syberii, gdzie Skórzewski pracuje jako lekarz na kolei, by odpocząć po wcześniejszych przygodach. W jego ręce przypadkiem trafia relikwia, która jest kluczem do największej tajemnicy starowierców – odizolowanego odłamu prawosławia.

W „Chorobie białego człowieka” Skórzewski rusza na poszukiwania dalekiego krewnego, który zaginął podczas arktycznej ekspedycji. Jak wskazuje tytuł, przyjdzie mu się zmierzyć z zarazą, która może zniszczyć świata.

Z kolei „Dzwon Wolności” w dość ciekawy sposób pokazuje źródło I wojny światowej.

 

Drugim bohaterem, z którym w „Aparatusie” spotkamy się kilkakrotnie jest poszukiwacz nietypowych staroci Robert Storm. Mieszkaniec Warszawy, około trzydziestki.

W tytułowym „Aparatusie” wpada mu w ręce stary, niezwykle precyzyjny mechanizm. Jaka może kryć się w nim tajemnica?

Storm jest też najprawdopodobniej bohaterem (nigdzie nie pada jego nazwisko) opowiadania „Ośla opowieść”. Bohater zbiera materiały o włoskiej rasie osiołków lipardyjskich, dzięki którym zamierza zrobić doktorat z archeologii. Podczas poszukiwań natrafia na ślady tajemniczej osady w górach.

Ostatnim opowiadaniem z Robertem są „Księgi drzewne”. Storm angażuje się w poszukiwanie idealnych skrzypiec dla uzdolnionej nastoletniej sąsiadki. jednak w niej i jej dziadku jest coś dziwnego…

 

Pozostałe dwa opowiadania to niepowiązane ze sobą kawałki.

„Za kordonem. Lwów” opowiada historię byłego żołnierza Armii Andersa, który w 1945 r. wraca do zrujnowanego Lwowa w poszukiwaniu potężnego źródła energii, które może przyćmić bombę atomową.

„Staw” to nieco humorystyczna historia z Warszawy okupowanej przez hitlerowców. W Łazienkach zalęgają się dziwne stwory. Kwaterujący tam oficerowie Wehrmachtu znikają w podejrzanych okolicznościach.

 

Opowiadania Andrzeja Pilipiuka trzymają znakomity poziom prezentowany wcześniej przez tego autora. Jak zwykle dostajemy emocjonujące tajemnice, barwne opisy historyczne, a to wszystko okraszone obficie ciekawostkami podsuwanymi nam przez autora-erudytę. Warto przy tym zauważyć, że wszystkie te informacje chłoniemy jakby mimochodem, celem Pilipiuka nigdy nie jest popisanie się wiedzą, a jedynie dodanie kolorytu i uwiarygodnienie swoich historii.

Przez opowiadania przemyka się błyskawicznie, ale po ich skończeniu pozostaje jeden niedosyt: za mało. Panie Andrzeju, prosimy o jeszcze!

 

Andrzej Pilipiuk – Aparatus
Wydawnictwo Fabryka Słów
Lublin 2011
395 s.

 

ZOBACZ TEŻ:

Andrzej Pilipiuk - Wampir z M-3

Andrzej Pilipiuk - Oko jelenia. Triumf Lisa Reinicke

Andrzej Pilipiuk - Oko Jelenia. Sfera Armilalna.



poniedziałek, 14 listopada 2011

Literatura fantasy ma to do siebie, że chętnie sięga po wątki znane z historii. Krucjaty, starożytne imperia, średniowiecze, zarazy i wojny – to dziedzictwo ludzkości chętnie eksploatują pisarze poruszający się w obrębie tego gatunku. Sam ojciec fantasy, J. R. R. Tolkien, chętnie czerpał z kultury materialnej plemion germańskich ze wczesnego średniowiecza.

Tym dziwniejsze jest, jak mało wyeksploatowanym tematem są wielkie odkrycia geograficzne. W historii był to zdumiewający okres, którego kulminacja przypadała na lata od 1488 (odkrycie Przylądka Dobrej Nadziei przez Portugalczyków) do 1521 (koniec wyprawy Magellana dookoła świata). Można też do niej zaliczyć podbój państw Azteków i Inków, który tematem powieści „Inne okręty” uczynił Romuald Pawlak.

A był to okres niezmiernie ciekawy. Fortuny wyrastały i upadały. Nadzieje mieszały się z wizjami apokalipsy, a losy Europy i świata zostały zmienione na zawsze. W Polsce jest to temat mało popularny, gdyż odcięta od oceanów Rzeczpospolita nie brała udziału w tej gorączce, jednak jej bezpośrednim następstwem był gwałtowny wzrost cen żywności, co z kolei wywołało parcie polskich magnatów na żyzne ziemie Ukrainy.

Wracając do odkryć geograficznych, zainteresowała mnie wydana kilka lat temu w Polsce trylogia Michaela A. Stackpole’a  „Trylogia Wielkich Odkryć”. W naszym kraju pisarza znamy głównie jako autora powieści z rozszerzonego wszechświata „Gwiezdnych Wojen”.

Na kartach pierwszej powieści pt. „Tajna Mapa” poznajemy Quiro Anturasiego. Ten wybitny kartograf jest na służbie Cyrona, jednego z książąt, który rządzi jednym z dziewięciu księstw powstałych po rozpadzie dawnego cesarstwa. Dzięki jego mapom kupcy mogą docierać do dalekich krain, do których nie ma dostępu konkurencja i zarabiać ogromne pieniądze. Cyron chce dzięki temu zbudować potęgę gospodarczą, która pokojowo zjednoczy dawne Cesarstwo. Aby poszerzyć granice znanego świata, dwóch wnuków Qiuro wyrusza w podróż – stateczny Keles rusza lądem na zachód, poszukiwacz przygód Jorim udaje się morzem na wschód.

Ich przygody na nowych ziemiach plus zakulisowe rozgrywki polityczno-gospodarcze w metropolii. W pierwszym tomie kroiła nam się ciekawa i dość oryginalna fabuła. Niestety wszystko „psują” dwa kolejne tomy – „Kartomancja” i „Nowy Świat”.

Dlaczego „psują”? Stackpole, sprawny rzemieślnik, ale jednak z drugiej ligi autorów, zabrnął w przesadny monumentalizm. W pewnej chwili znika nam gdzieś ciekawy klimat odkryć geograficznych, który w zasadzie liznęliśmy jedynie i to przez szybkę, a pojawiają się klasyczne i ograne wątki heroic fantasy: szlachetny quest w tajnej misji, zły czarodziej wracający zza grobu, szlachetny władca czekający w uśpieniu, by przyjść z pomocą ojczyźnie w chwili zagrożenia, najazd bezlitosnego wroga, który stawia świat na krawędzi zniszczenia. A we wszystko mieszają się bogowie walczący o władzę w niebiosach.

Tak to z ciekawego pomysłu dostajemy dzieło dość sztampowe. Sprawnie napisane, dobrze się je czyta i ma kilka ciekawych konceptów, ale nie wychodzi poza pewne ustalone ramy gatunku. Dla jednych będzie to zapewne zaleta, dla innych wada.

 

Michael A. Stackpole – Epoka Wielkich Odkryć (Tajna Mapa, Kartomancja, Nowy Świat)
Wydawnictwo REBIS

 

ZOBACZ TEŻ:

Romuald Pawlak – Inne Okręty

Rozszerzony Wszechświat Gwiezdnych Wojen



sobota, 29 października 2011

Co by było, gdyby koń Pizarra się potknął? Takie intrygujące pytania stawia nam Romuald Pawlak w powieści „Inne Okręty”, której drugie wydanie pojawiło się niedawno na rynku.

Historia upadku imperiów Azteków i Inków od wieków fascynuje historyków. I nic dziwnego. Dwa wielkie imperia amerykańskie o niezwykłych osiągnięciach w dziedzinach inżynierii czy administracji zostały zniszczone przez garstki awanturników i zwykłych bandytów. Zainteresowanie podsycają dodatkowo tajemnice obu tych ludów, których dziedzictwo w dużej mierze zniszczyli konkwistadorzy.

Cortez podbił Azteków na czele 500 ludzi, Pizarro miał niespełna 250 ludzi i zdołał zniszczyć Inków. Hiszpanie wykorzystali przewagę technologiczną (broń palna, konie i zbroje), a także wierzenia i słabości obu imperiów (większość uciskana przez garstkę władców pomogła Hiszpanom).Niemniej jednak co by było, gdyby…?

 

Alternatywna historia fascynuje mnie od zawsze. Uwielbiam autorów, którzy usiłują pokazać świat, którego historia potoczyła się inaczej. Pisałem już o książkach Jaqueline Carrey. W Polsce to bardzo popularny i stojący na wysokim poziomie motyw, a zajmowali się nim m.in. Mortka, Pilipiuk, Piekara czy Spychalski, by wymienić tylko kilka nazwisk.

Romuald Pawlak postanowił się wziąć za rejon świata mało spenetrowany przez naszą literaturę i okres rzadko w niej spotykany. Pierwsza połowa XVI w., czas wielkich odkryć geograficznych i wzrostu potęgi Hiszpanii. Imperium Inków oparło się pierwszemu atakowi Hiszpanów i oba narody koegzystują w Ameryce Południowej w stanie chwiejnej i wrogiej równowagi. Hiszpania desperacko potrzebuje pieniędzy, więc zapada decyzja o kolejnej wojnie.

Główny bohater, Pedro de Manjarres, to zwykły kapitan statku transportowego, kupiec, który czasem wykonuje przysługi dla armii. Wojna jest mu wyjątkowo nie na rękę. Wraz z jej wybuchem znika jego ukochana, Indianka Asarpay. Czyżby była kimś ważnym wśród Inków? A może po prostu ucieka przez rzezią? Tymczasem armia hiszpańska rusza w góry na wroga, a towarzyszą jej polscy szlachcice, którzy spróbują wykroić kolonię dla Korony polskiej.

 

Niestety muszę przyznać, że Pawlak mnie zawiódł. Owszem, książka jest napisana sprawnie, bez dłużyzn, ma wartką akcję i przyjemnie ją się czyta, ale autor zapowiada tyle smaczków, że dobra powieść awanturnicza nie daje pełnej satysfakcji.

poza początkiem kompletnie nie widzimy jaki wpływ miał nieudany podbój Peru na sytuację na świecie. A przecież to właśnie napływ złota z Ameryki wywołał XVI-wieczną hiperinflację (pamiętajmy, że złoto było walutą tamtych czasów, efekt był taki, jak niedawnego dodruku waluty w Zimbabwe, tylko nieco słabszy), która z kolei stworzyła mocarstwową pozycję Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zabrakło mi nieco pokazania szerszego obrazu świata, wszystko rozmywa się w przygodach Manjarresa i Asarpay.

Także wątek polski jest niesatysfakcjonujący. Mam wrażenie, że autor wprowadził go tylko po to, żeby pokazać szarżę Polaków na jednej z alpejskich przełęczy, z której opisu nietrudno rozpoznać niemal 300 lat późniejszą bitwę pod Somosierrą. Byłoby chyba lepiej, gdyby Pawlak darował sobie ten motyw.

 

W książkach o alternatywnej historii perypetie bohaterów są najczęściej tylko pretekstem do pokazania potencjalnych zmian w sytuacji społecznej, politycznej i gospodarczej świata. U Pawlaka tego tła bardzo mi brakuje. Jednak to rzecz gustu. Jeśli ktoś szuka ciekawej powieści przygodowej w nietypowej scenerii, to warto sięgnąć po „Inne okręty”.

 

Romuald Pawlak, „Inne Okręty”
Instytut Wydawniczy Erica, 2011
368 s.

 

 

ZOBACZ TEŻ:

Co by było, gdyby z krwi Jezusa i łez Marii Magdaleny narodził się nowy bóg?



 
1 , 2 , 3