|
Archiwum
O mnie
![]() |
czwartek, 26 stycznia 2012
Anne Bishop – Świt Zmierzchu (Czarne Kamienie, tom 9.)
ZOBACZ TEŻ:
czwartek, 15 grudnia 2011
Terry Goodkind znany jest głównie z bestsellerowego cyklu „Miecz Prawdy” dostępnego także w Polsce. Na jego podstawie Sam Raimi nakręcił serial „Legend of the Seeker”, jednak znaczne odstępstwa od książkowego pierwowzoru sprawiły, że serial miał kiepską oglądalność i produkcję zlikwidowano po dwóch sezonach.
W „Regule Dziewiątek” poznajemy młodego malarza, Alexandra Rahla (Alexa), który mieszka i tworzy na wschodnim wybrzeżu USA. Jego ojciec nie żyje, matka jest schizofreniczką i siedzi zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Najbliższe relacje łączą go z dziadkiem, weteranem służb specjalnych. Alex maluje głównie klasyczne pejzaże, więc nie sprzedaje tylu obrazów co modni artyści abstrakcyjni. Dlatego gdy w swoje 27 urodziny otrzymuje w spadku ogromną połać ziemi w stanie Maine, wydaje mu się, że jego problemy się skończyły. Wręcz przeciwnie. W jego życie wkracza piękna zabójczyni Jax oraz złowrogie komando z innego świata. Wszyscy uważają, że o młodym malarzu mówi tajne proroctwo sprzed lat. Wielu krytyków powątpiewało w możliwości Goodkinda, twierdząc, że stworzył jeden ciekawy świat, osadził w nim motyw fabularny i odcina jedynie kupony od sukcesu. Trzeba przyznać, że po szóstym tomie seria „Miecz Prawdy” (w sumie dwunastotomowa, a w sierpniu 2011 r. ukazała się jego kontynuacja, formalnie otwierająca nowy cykl) zaczęła się robić coraz słabsza. Jeśli jednak Goodkind chciał pokazać, że potrafi napisać coś zupełnie innego, to „Reguła Dziewiątek” okazała się próbą zupełnie nieudaną. Choć akcja toczy się w naszym świecie, to nie trzeba znać biegle „Miecza Prawdy”, by zdawać sobie sprawę, że tym „drugim światem”, z którego przybyła Jax, jest właśnie świat Richarda i Kahlan. Zresztą fani natkną się na mnóstwo odniesień do różnych tomów cyklu. Fabuła „Reguły Dziewiątek” i konstrukcja postaci jest bliźniaczo podobna do „Pierwszego prawa magii”, powieści otwierającej „Miecz Prawdy”. Mamy młodego człowieka, który zostaje wplątany w walkę o wolność, mamy piękną, młodą kobietę, która staje się jego towarzyszką i obrończynią, starca-przewodnika, złego władcę, którego trzeba powstrzymać czy pojmanie głównego bohatera, który na torturach wykuwa swój charakter. Także relacje między Alexem i Jax do złudzenia przypominają te między Richardem i Kahlan. Do tego stopnia, że Jax ma dla Alexa „specjalny uśmiech”, zupełnie jak Kahlan dla Richarda. Gdyby nie inne imiona i osadzenie akcji we współczesnych Stanach Zjednoczonych nie byłoby mowy o deja vu, a raczej o autoplagiacie, o który zresztą momentami Goodkind i tak się ociera (trudno powiedzieć czy świadomie). „Reguła Dziewiątek” to dzieło bardzo sprawne warsztatowo. Akcja rozwija się w dobrym tempie, punkty kulminacyjne i perypetie wplecione są w narrację wręcz wzorowo. Jedyne co może przeszkadzać co wtręty natury filozoficzno-światopoglądowej. Oczywiście Goodkind wkłada w usta postaci swoje własne poglądy, te same, w które wyposażył bohaterów „Miecza Prawdy”. Na szczęście nie zdarzają się już trzy-czterostronicowe monologi, które od szóstego tomu „Miecza Prawdy” z zapałem wygłaszał Richard. Moje poglądy są dość podobne, ale nawet ja miałem momentami dosyć kolejnych wykładów. Odnoszę się do „Miecza Prawdy”, bo to jedna z moich ulubionych serii fantasy (niezależnie od jej wszystkich wad), a także ze względu na ewidentne paralele umieszczone w powieści przez samego autora. Jednak czytelnicy, którzy z Goodkindem się wcześniej nie zetknęli, mogą spokojnie sięgnąć po „Regułę Dziewiątek”. Nie wyłowią może żadnych smaczków (np. zupełnie niezrozumiałą będzie scena w sklepie z zabawkami), ale nie stracą niczego istotnego dla fabuły. „Reguła Dziewiątek” to książka całkiem dobra, gdyby nie jej wtórność mógłbym uznać ją nawet za bardzo dobrą. Dla wielbicieli Goodkinda będzie to miła lektura na zimowe wieczory, a i inni czytelnicy lubiący thrillery fantasy nie powinni być zawiedzeni.
Terry Goodkind – Reguła Dziewiątek
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Wydana ostatnio przez Fabrykę Słów książka Olgi Gromyko to już trzeci tom przygód dyplomowanej czarodziejki Wolhy Rednej, znanej także jako W. Redna. W najnowszym tomie swoich przygód Wolha cieszy się st Niestety Wolha widzi to inaczej. Nie na darmo skończyła typowo męski wydział magii praktycznej. Chce uzyskać tytuł bakałarza trzeciego stopnia, a do tego powinna ruszyć w drogę i, jak na maga-praktyka przystało, mierzyć się z potworami i chronić ludzkość przed złem. No i panicznie boi się wychodzić za mąż.
Początek może nieco zmylić czytelników znających poprzednie powieści. Wolha jest w drodze, podróżuje samotnie i rozwiązuje kolejne zagadki, a konstrukcja całości przypomina raczej zbiór opowiadań niż powieść. Na szczęście dla fanów tej serii (w tym i mnie) Wolha na swojej drodze co rusz napotyka znajomych, akcja nabiera tempa, a pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego rozdziały zaczynają się łączyć w większą całość. Pojawią się praktycznie wszyscy ważniejsi bohaterowie z poprzednich tomów: znajomi ze studiów, na czele z zielarką Welką, wampirzy wojownik Rolar i jego ludzka przyjaciółka Orsana oraz oczywiście Len, dogewska zielarka Kella i cała reszta wesołej wampirzej ferajny.
Ogromną zaletą serii jest jej klimat, pełen humoru, często kpiący z napuszonych, epickich dzieł fantasy. Nie oznacza to, że książka w całości jest parodią. Wręcz przeciwnie, trup się ścieli gęsto, a i urazy bohaterki bywają dość poważne. Jednak pomiędzy kolejne starcia z potworami Olga Gromyko zręcznie wplata humorystyczne przerywniki, lekko kpiące z fantastycznych schematów. Niemałą w tym zasługa przyjętej konwencji, tzn. pierwszoosobowej narracji z perspektywy samej Wiedźmy, która jest wredna, sarkastyczna i w tym duchu komentuje rozgrywające się wokół niej wydarzenia. Na przykład takie wampiry. Nie są ani krwiożerczymi potworami, ani romantycznymi stworami rodem ze „Zmierzchu”. Ot zwykłe istoty, trochę bardziej długowieczne, mające kilka magicznych talentów, ale różniące się od ludzi mniej niż elfy. Z kolei trolle to po prostu najemnicy, w których języku mieści się najwięcej przekleństw na jedno zdanie na całym świecie.
Wiedźma Naczelna zaczyna się dość niemrawo, ale mniej więcej od połowy zdecydowanie nabiera tempa. I to zarówno wątek tajemniczo-przygodowy, jak i wątek romansowo-osobisty (także przyprawiony sporą nutką ironii i humoru). Pozornie niewinna spawa okazuje się czymś bardzo skomplikowanym, a czytelnik nie ma czasu na nudę. Olga Gromyko po raz kolejny stanęła na wysokości zadania. Trzeci tom przygód W. Rednej (i to jeszcze rudej!) wiedźmy na pewno zadowoli fanów. Tych, którzy nie spotkali się z tą serią polecam sięgnięcie po tom pierwszy – Zawód: Wiedźma (uwaga, w polskim wydaniu rozbity na dwie książki).
Olga Gromyko - Wiedźma Naczelna
ZOBACZ TEŻ: Andrzej Pilipiuk – Wampir z M-3
niedziela, 20 listopada 2011
Aparatus to już czwarty tom opowiadań Andrzeja Pilipuka. Oczywiście mam tu na myśli opowiadania luźne, niepowiązane tematycznie, bo zbiory opowiadań z Jakubem Wędrowyczem czy Wampirami z warszawskiej Pragi to kolejne siedem tomów.
Trzy poprzednie tomy wykreowały też nowego bohatera – Pawła Skórzewskiego, syna zesłańca, lekarza, pracującego głównie w carskiej Rosji (choć poznajemy go, gdy w Skandynawii w opowiadaniu „2586 kroków” walczy z trądem). Skórzewski to patriota, ale przede wszystkim naukowiec, pragnący działać dla rozwoju medycyny. Zawsze sam, stawia czoło wyzwaniom, które podważają jego naukowy światopogląd.
Skórzewskiego nie mogło zabraknąć w „Aparatusie”. Tym razem jest głównym bohaterem trzech opowiadań. „Ostatni biskup”. Akcja rozgrywa się na Syberii, gdzie Skórzewski pracuje jako lekarz na kolei, by odpocząć po wcześniejszych przygodach. W jego ręce przypadkiem trafia relikwia, która jest kluczem do największej tajemnicy starowierców – odizolowanego odłamu prawosławia. W „Chorobie białego człowieka” Skórzewski rusza na poszukiwania dalekiego krewnego, który zaginął podczas arktycznej ekspedycji. Jak wskazuje tytuł, przyjdzie mu się zmierzyć z zarazą, która może zniszczyć świata. Z kolei „Dzwon Wolności” w dość ciekawy sposób pokazuje źródło I wojny światowej.
Drugim bohaterem, z którym w „Aparatusie” spotkamy się kilkakrotnie jest poszukiwacz nietypowych staroci Robert Storm. Mieszkaniec Warszawy, około trzydziestki. W tytułowym „Aparatusie” wpada mu w ręce stary, niezwykle precyzyjny mechanizm. Jaka może kryć się w nim tajemnica? Storm jest też najprawdopodobniej bohaterem (nigdzie nie pada jego nazwisko) opowiadania „Ośla opowieść”. Bohater zbiera materiały o włoskiej rasie osiołków lipardyjskich, dzięki którym zamierza zrobić doktorat z archeologii. Podczas poszukiwań natrafia na ślady tajemniczej osady w górach. Ostatnim opowiadaniem z Robertem są „Księgi drzewne”. Storm angażuje się w poszukiwanie idealnych skrzypiec dla uzdolnionej nastoletniej sąsiadki. jednak w niej i jej dziadku jest coś dziwnego…
Pozostałe dwa opowiadania to niepowiązane ze sobą kawałki. „Za kordonem. Lwów” opowiada historię byłego żołnierza Armii Andersa, który w 1945 r. wraca do zrujnowanego Lwowa w poszukiwaniu potężnego źródła energii, które może przyćmić bombę atomową. „Staw” to nieco humorystyczna historia z Warszawy okupowanej przez hitlerowców. W Łazienkach zalęgają się dziwne stwory. Kwaterujący tam oficerowie Wehrmachtu znikają w podejrzanych okolicznościach.
Opowiadania Andrzeja Pilipiuka trzymają znakomity poziom prezentowany wcześniej przez tego autora. Jak zwykle dostajemy emocjonujące tajemnice, barwne opisy historyczne, a to wszystko okraszone obficie ciekawostkami podsuwanymi nam przez autora-erudytę. Warto przy tym zauważyć, że wszystkie te informacje chłoniemy jakby mimochodem, celem Pilipiuka nigdy nie jest popisanie się wiedzą, a jedynie dodanie kolorytu i uwiarygodnienie swoich historii. Przez opowiadania przemyka się błyskawicznie, ale po ich skończeniu pozostaje jeden niedosyt: za mało. Panie Andrzeju, prosimy o jeszcze!
Andrzej Pilipiuk – Aparatus
ZOBACZ TEŻ: Andrzej Pilipiuk - Wampir z M-3 Andrzej Pilipiuk - Oko jelenia. Triumf Lisa Reinicke Andrzej Pilipiuk - Oko Jelenia. Sfera Armilalna.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Literatura fantasy ma to do siebie, że chętnie sięga po wątki znane z historii. Krucjaty, starożytne imperia, średniowiecze, zarazy i wojny – to dziedzictwo ludzkości chętnie eksploatują pisarze poruszający się w obrębie tego gatunku. Sam ojciec fantasy, J. R. R. Tolkien, chętnie czerpał z kultury materialnej plemion germańskich ze wczesnego średniowiecza.
A był to okres niezmiernie ciekawy. Fortuny wyrastały i upadały. Nadzieje mieszały się z wizjami apokalipsy, a losy Europy i świata zostały zmienione na zawsze. W Polsce jest to temat mało popularny, gdyż odcięta od oceanów Rzeczpospolita nie brała udziału w tej gorączce, jednak jej bezpośrednim następstwem był gwałtowny wzrost cen żywności, co z kolei wywołało parcie polskich magnatów na żyzne ziemie Ukrainy. Wracając do odkryć geograficznych, zainteresowała mnie wydana kilka lat temu w Polsce trylogia Michaela A. Stackpole’a „Trylogia Wielkich Odkryć”. W naszym kraju pisarza znamy głównie jako autora powieści z rozszerzonego wszechświata „Gwiezdnych Wojen”. Na kartach pierwszej powieści pt. „Tajna Mapa” poznajemy Quiro Anturasiego. Ten wybitny kartograf jest na służbie Cyrona, jednego z książąt, który rządzi jednym z dziewięciu księstw powstałych po rozpadzie dawnego cesarstwa. Dzięki jego mapom kupcy mogą docierać do dalekich krain, do których nie ma dostępu konkurencja i zarabiać ogromne pieniądze. Cyron chce dzięki temu zbudować potęgę gospodarczą, która pokojowo zjednoczy dawne Cesarstwo. Aby poszerzyć granice znanego świata, dwóch wnuków Qiuro wyrusza w podróż – stateczny Keles rusza lądem na zachód, poszukiwacz przygód Jorim udaje się morzem na wschód. Ich przygody na nowych ziemiach plus zakulisowe rozgrywki polityczno-gospodarcze w metropolii. W pierwszym tomie kroiła nam się ciekawa i dość oryginalna fabuła. Niestety wszystko „psują” dwa kolejne tomy – „Kartomancja” i „Nowy Świat”. Dlaczego „psują”? Stackpole, sprawny rzemieślnik, ale jednak z drugiej ligi autorów, zabrnął w przesadny monumentalizm. W pewnej chwili znika nam gdzieś ciekawy klimat odkryć geograficznych, który w zasadzie liznęliśmy jedynie i to przez szybkę, a pojawiają się klasyczne i ograne wątki heroic fantasy: szlachetny quest w tajnej misji, zły czarodziej wracający zza grobu, szlachetny władca czekający w uśpieniu, by przyjść z pomocą ojczyźnie w chwili zagrożenia, najazd bezlitosnego wroga, który stawia świat na krawędzi zniszczenia. A we wszystko mieszają się bogowie walczący o władzę w niebiosach. Tak to z ciekawego pomysłu dostajemy dzieło dość sztampowe. Sprawnie napisane, dobrze się je czyta i ma kilka ciekawych konceptów, ale nie wychodzi poza pewne ustalone ramy gatunku. Dla jednych będzie to zapewne zaleta, dla innych wada.
Michael A. Stackpole – Epoka Wielkich Odkryć (Tajna Mapa, Kartomancja, Nowy Świat)
ZOBACZ TEŻ: Rozszerzony Wszechświat Gwiezdnych Wojen
sobota, 29 października 2011
Co by było, gdyby koń Pizarra się potknął? Takie intrygujące pytania stawia nam Romuald Pawlak w powieści „Inne Okręty”, której drugie wydanie pojawiło się niedawno na rynku.
Cortez podbił Azteków na czele 500 ludzi, Pizarro miał niespełna 250 ludzi i zdołał zniszczyć Inków. Hiszpanie wykorzystali przewagę technologiczną (broń palna, konie i zbroje), a także wierzenia i słabości obu imperiów (większość uciskana przez garstkę władców pomogła Hiszpanom).Niemniej jednak co by było, gdyby…?
Alternatywna historia fascynuje mnie od zawsze. Uwielbiam autorów, którzy usiłują pokazać świat, którego historia potoczyła się inaczej. Pisałem już o książkach Jaqueline Carrey. W Polsce to bardzo popularny i stojący na wysokim poziomie motyw, a zajmowali się nim m.in. Mortka, Pilipiuk, Piekara czy Spychalski, by wymienić tylko kilka nazwisk. Romuald Pawlak postanowił się wziąć za rejon świata mało spenetrowany przez naszą literaturę i okres rzadko w niej spotykany. Pierwsza połowa XVI w., czas wielkich odkryć geograficznych i wzrostu potęgi Hiszpanii. Imperium Inków oparło się pierwszemu atakowi Hiszpanów i oba narody koegzystują w Ameryce Południowej w stanie chwiejnej i wrogiej równowagi. Hiszpania desperacko potrzebuje pieniędzy, więc zapada decyzja o kolejnej wojnie. Główny bohater, Pedro de Manjarres, to zwykły kapitan statku transportowego, kupiec, który czasem wykonuje przysługi dla armii. Wojna jest mu wyjątkowo nie na rękę. Wraz z jej wybuchem znika jego ukochana, Indianka Asarpay. Czyżby była kimś ważnym wśród Inków? A może po prostu ucieka przez rzezią? Tymczasem armia hiszpańska rusza w góry na wroga, a towarzyszą jej polscy szlachcice, którzy spróbują wykroić kolonię dla Korony polskiej.
Niestety muszę przyznać, że Pawlak mnie zawiódł. Owszem, książka jest napisana sprawnie, bez dłużyzn, ma wartką akcję i przyjemnie ją się czyta, ale autor zapowiada tyle smaczków, że dobra powieść awanturnicza nie daje pełnej satysfakcji. poza początkiem kompletnie nie widzimy jaki wpływ miał nieudany podbój Peru na sytuację na świecie. A przecież to właśnie napływ złota z Ameryki wywołał XVI-wieczną hiperinflację (pamiętajmy, że złoto było walutą tamtych czasów, efekt był taki, jak niedawnego dodruku waluty w Zimbabwe, tylko nieco słabszy), która z kolei stworzyła mocarstwową pozycję Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zabrakło mi nieco pokazania szerszego obrazu świata, wszystko rozmywa się w przygodach Manjarresa i Asarpay. Także wątek polski jest niesatysfakcjonujący. Mam wrażenie, że autor wprowadził go tylko po to, żeby pokazać szarżę Polaków na jednej z alpejskich przełęczy, z której opisu nietrudno rozpoznać niemal 300 lat późniejszą bitwę pod Somosierrą. Byłoby chyba lepiej, gdyby Pawlak darował sobie ten motyw.
W książkach o alternatywnej historii perypetie bohaterów są najczęściej tylko pretekstem do pokazania potencjalnych zmian w sytuacji społecznej, politycznej i gospodarczej świata. U Pawlaka tego tła bardzo mi brakuje. Jednak to rzecz gustu. Jeśli ktoś szuka ciekawej powieści przygodowej w nietypowej scenerii, to warto sięgnąć po „Inne okręty”.
Romuald Pawlak, „Inne Okręty”
ZOBACZ TEŻ: Co by było, gdyby z krwi Jezusa i łez Marii Magdaleny narodził się nowy bóg?
piątek, 23 września 2011
„Pani Shaladoru” to już ósmy tom cyklu „Czarne Kamienie”. W stosunkowo krótkim czasie Anne Bishop napisała dalszy ciąg bardzo dobrze przyjętej „Trylogii Czarnych Kamieni”. Część historii to dalszy ciąg trylogii, część prequele. Tempo jest oszołamiające, bo na ostatnie cztery tomy potrzebowała jedynie trzech lat (ostatni z nich, „Świt Zmierzchu”, pojawi się w Polsce w styczniu). Czy zaszkodziło to cyklowi? Niestety trochę tak.
Tak w skrócie prezentuje się fabuła „Przymierza Ciemności”. Oczywiście nie warto po niego sięgać bez czytania poprzednich części, zwłaszcza, że na drugim planie występują znani i lubiani bohaterowie: Deamon, Lucivar, Saetan, Janelle czy Marion. Jednak na czoło wysuwają się problemy Dena Nehle, dyskretnie wspieranego przez Janelle.
Książka jest mało odkrywcza. Największy zarzut jaki można postawić Bishop to brak oryginalności. Jest to o tyle dziwne, że wykreowała świat, który ciężko porównać mi do jakiejkolwiek innej kreacji literackiej. Niestety motywy fabularne i charakterystyki postaci w kolejnych tomach są do siebie łudząco podobne. Mamy zawsze młodą królową, ciężko doświadczoną przez los. U jej boku jest okaleczony (czasem fizycznie, czasem psychicznie) mężczyzna, który musi pokonać swoje demony, by ocalić swoją panią. Wspomaga ich brutalny wojownik o dobrym sercu i jego żona/kochanka – pragmatyczna, często cyniczna, ukrywająca wrażliwe serce. A nad wszystkim pieczę ma starszy, spokojny zarządca dworu. Naprawdę nietrudno domyślić się, jak potoczą się kolejne wydarzenia, zwłaszcza że większość dylematów jest dość sztucznych i byłoby łatwych do rozwiązania, gdyby bohaterowie choć trochę ruszyli głową. Dlaczego więc łyknąłem tą niemal 500-stronicową powieść w jeden wieczór (no dobra, trochę nocy też mi to zabrało)?
Wydaje mi się, że to kwestia klimatu, jaki Bishop tworzy w swoich książkach. Bohaterowie żyją według swoistego kodeksu honorowego. Kobiety rządzą, a mężczyźni służą, ale obie płcie mają swoje prerogatywy, które tworzą niezwykle zrównoważony i harmonijny (choć na pierwszy rzut oka może wydawać się inaczej) system społeczny. Jednocześnie główni bohaterowie tworzą kompletnie porąbaną i dysfunkcyjną rodzinę (jakże inaczej, skoro głowa rodziny jest Wielkim Lordem Piekła), której perypetie opisywane są z dużą dozą humoru, zwłaszcza o podtekście erotycznym (choć w granicach dobrego smaku). Bohaterowie żyjący zgodnie z kodeksem honorowym tworzą szczęśliwe i dobrze prosperujące społeczeństwo. Co ciekawe niewiele jest postaci złych do szpiku kości. Negatywni bohaterowie są z reguły egoistyczni, czasem głupi, ale rzadko postępują całkowicie niegodziwie. A co ciekawe (autorka jest wszak kobietą) rolę czarnych charakterów pełni niemal wyłącznie płeć piękna. Źli mężczyźni zostali sprowadzeni na tą drogę przez demoniczne królowe/kochanki, albo mszczą się za krzywdy, poniesione z ich rąk. Momentami mam wrażenie, że Bishop tworzy fascynujący oryginalny świat, ale gdy przychodzi do umieszczania w nim opowieści, ma spory problem. Kiedy w „Splątanych sieciach” próbowała odejść od swojego schematu i stworzyć coś na pograniczu horroru/powieści sensacyjnej, wyszedł jej zdecydowanie najsłabszy tom w całym cyklu.
„Pani Shaladoru” to opowieść niezbyt oryginalna, ale pełna humoru i emocji. Fani na pewno się nie zawiodą, będą zwłaszcza zachwyceni Sceltie, czyli rasą inteligentnych psów, które przybywają na pomoc Dena Nehle, a ich żywiołowość wprowadza niemało zamieszania. Tak naprawdę ta książka spełniła moje oczekiwania w 100% - solidne, przyjemne czytadło.
Anne Bishop – „Pani Shaladoru” (Czarne Kamienie) ZOBACZ TEŻ:
czwartek, 15 września 2011
Gdy w 1977 r. mało znany amerykański reżyser ukończył pracę nad filmem „Gwiezdne Wojny” chyba nikt się nie spodziewał, że oto powstał kulturowy fenomen, który swoim zasięgiem obejmie cały świat i stanie się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kulturowych marek w historii. Większość ludzi kojarzy sześć kinowych filmów z serii. Jednak poza tym Lucasfilm, korporacja opiekująca się wszystkim co z „Gwiezdnymi Wojnami” związane, wypuściła setki gadżetów, seriale animowane, a także kilkaset książek i komiksów.
Książkowe rozszerzenia świata Gwiezdnych Wojen mają długą historię. Zaczęło się już 1978 r. powieścią „Spotkanie na Mimban”, która opowiada o misji, którą podejmują Luke i Leia, a podczas której kolejny raz mierzą się z Vaderem. Co ciekawe dochodzi w niej do pocałunku głównych bohaterów i to pocałunku nie siostrzanego, co pokazuje, że nie wszystkie wątki filmowej trylogii były wówczas ukształtowane. Prawdziwy boom zaczął się po publikacji w 1991 r. powieści Timothy’ego Zahna „Dziedzic Imperium” (zobacz dalej), a nakręciły go dodatkowo premiera oryginalnej trylogii w oczyszczonej i poprawionej cyfrowej wersji (1997 r.) oraz zapowiedź stworzenia filmowego prequela (druga trylogia miała swoje premiery w latach 1999-2005). Pojawiły się powieści będące kontynuacją losów głównych bohaterów, opowieści o ich wcześniejszych losach czy o przygodach bohaterów, którzy w filmowej wersji mają bardzo epizodyczne role. Można także napotkać historie (raczej w formie opowiadań) rozgrywające się w świecie Gwiezdnych Wojen, ale bardzo luźno powiązane z filmami i mające własnych bohaterów. Obecnie mamy do czynienia z przeszło setką tytułów, więc między nimi pojawiają się liczne niespójności czy wręcz sprzeczności, zwłaszcza jeśli chodzi o nowsze powieści. Poniżej prezentuję kilka serii, które warto przeczytać oraz te, które są nieco słabsze. pomijam te, po które moim zdaniem nie warto sięgać. Z powodów czysto literackich moje zainteresowanie nowymi publikacjami wygasło kilka lat temu – moim zdaniem nie trzymają klimatu sagi. Jednak wiele starszych powieści to znakomite dzieła literackie, ciekawe także dla osób nie będących fanami filmów Lucasa. Dla uproszczenia, poniżej przedstawiam tylko książki wydane w Polsce, pomijam również niektóre słabsze tytuły. Przy każdej książce lub serii podaję ich chronologiczny porządek. BBY oznacza lata przed „Nową Nadzieją” (Before Battle of Yavin), a ABY lata po „Nowej Nadziei” (After Battle of Yavin). analogicznie jak znane nam skróty p.n.e. i n.e. Książki uporządkowane są w zalecanej przeze mnie kolejności czytania, która wynika najczęściej z dat publikacji oryginału i ich wzajemnych powiązań.
Zestaw dla początkującego 1. Timothy Zahn, Trylogia Thrawna („Dziedzic Imperium”, „Ciemna Strona Mocy”, „Ostatni Rozkaz”); 9 ABY Fundament, na którym opiera się Rozszerzony Wszechświat. Czerpał z niego nawet sam George Lucas (stolica Imperium, a wcześniej Starej Republiki, którą pokazuje w nowej trylogii Lucas, powstała właśnie w tej serii książek). Akcja serii rozpoczyna się pięć lat po zabiciu Imperatora. Han i Leia są małżeństwem, spodziewają się pierwszego dziecka i zajmują znaczące stanowisko we władzach nowoutworzonej Nowej Republiki. Tymczasem Luke Skywalker podróżuje po Galaktyce, starając się zebrać pozostałe okruchy wiedzy o Rycerzach Jedi. Jednak Nowej Republice grozi niebezpieczeństwo. Nad resztkami Imperium władzę przejmuje genialny strateg Wielki Admirał Thrawn, który zagrozi istnieniu młodego państwa. Trylogia jest napisana znakomitym stylem, oferuje oryginalne pomysły fabularne i niezwykle rozbudowuje świat Gwiezdnych Wojen o nowe lokacji i bohaterów. Zahn stworzył galerię postaci, które często okazały się ciekawsze od tych wykreowanych w filmach. Należy zaliczyć do nich pragmatycznego przemytnika Talona Karrde’a, jego piękną i niebezpieczną asystentkę Marę Jade, Winter, przyjaciółkę i powierniczkę Lei, Wielkiego Admirała Thrawna, niekonwencjonalnego i wyrafinowanego stratega, jego adiutanta, kapitana Pelleaona czy Borska Fey’Lyę, archetyp bezwzględnego, niemoralnego polityka. Zahn ukształtował też wiele postaci, które w filmie mają role epizodyczne. Należą do nich m.in. Wedge Antilles (o nim więcej za chwilę), Mon Mothma (kobieta, która wygłasza przemówienie przed ostateczną bitwą w „Powrocie Jedi”) czy admirał Ackbar (brązowoskóry Obcy, który tą bitwą dowodził).
2. Kevin J. Anderson, Trylogia Akademii Jedi („W poszukiwaniu Jedi”, „Uczeń Ciemnej Strony”, „Władcy Mocy”); 11 ABY Głównym wątkiem trylogii Andersona są starania Luke’a Skywalkera o utworzenie Akademii Jedi, która wykształci nowe pokolenie tego zakonu oraz poszukiwania kandydatów na uczniów. Niejako w tle rozgrywa się walka z admirał Daalą, jedyną kobietą-admirałem w Imperium, która ma pod kontrolą zakłady, w których zbudowano Gwiazdę Śmierci. Literacko ta trylogia jest znacznie słabsza niż dzieło Zahna. Warto ją jednak przeczytać, ze wzglądu na fakt utworzenia Akademii Jedi, który będzie miał dalekosiężne konsekwencje w kolejnych powieściach. Pojawia się również kilkoro bohaterów, którzy później odegrają istotne role (np. Kyp Durron).
3. Michael A. Stackpole, Aaron Allstone, Seria X-Wingi (tutaj lista tytułów serii); 6,5-7,5 ABY Na serię składają się dwa mniejsze cykle. Głównym bohaterem obu jest Wedge Antilles, który w filmie leci z Lukiem na Gwiazdę Śmierci (ale musi się odłączyć ze względu na uszkodzenie swojego myśliwce), walczy też na Hoth oraz pod Endorem. W książkach Stackpole’a jego zadaniem jest odbudowa legendarnej myśliwskiej Eskadry Łotrów, która później ma przygotować zdobycie stolicy Imperium Coruscant. Seria obfituje w efektowne opisy starć kosmicznych oraz ciekawych bohaterów, na czele z Corranem Hornem, byłym oficerem policji, piękną rezolutną przemytniczką Mirrax Terrik oraz kapitanem Tycho Celchu (pojawia się na moment w „Powrocie Jedi”) Książki Aarona Allstone’a są bezpośrednią kontynuacją tej serii. Tym razem Wedge tworzy Eskadrę Widm, jednostkę pilotów-komandosów. Powieści mają podobny klimat do dzieł Stackpole’a, ale są od nich słabsze, głównie ze względu na zbyt dosłowne kopiowanie Stackpole’a oraz miałkość bohaterów. Do tej serii warto dołączyć książkę Stackpole’a „Ja, Jedi”. Choć formalnie nie jest częścią cyklu, to jednak bardzo mocno się do niego odnosi, a głównym bohaterem jest Corran Horn. Jej tłem są wydarzenia z Trylogii Akademii Jedi.
4. Timothy Zahn, Dylogia „Ręka Thrawna” („Widmo przeszłości”, „Wizja przyszłości”); 19 ABY Zahn powraca. Może już nie w tak efektownym stylu, ale wciąż w niezłej formie. Przede wszystkim wraca do swoich najważniejszych bohaterów. W dylogii Nowej Republice grozi upadek. Nie ze względu na wroga zewnętrznego, ale przez konflikty między jej członkami. Tymczasem Mara Jade i Luke Skywalker odkrywają na krańcu galaktyki dziedzictwo pozostawione przez Wielkiego Admirała Thrawna, które może zatrząść Galaktyką…
5. A.C. Crispin, Trylogia Hana Solo („Rajska Pułapka”, „Gambit Huttów”, „Świt Rebelii”); 10 BBY-0BBY Trylogia opowiada losy Hana Solo jako pilota, przemytnika, przez krótki czas kadeta w Akademii Imperialnej i najemnika. Przyglądamy się jego życiu od ucieczki od despotycznego opiekuna, aż do momentu wejścia do kantyny Mos Eisley, gdzie spotyka się z Lukiem i Obi-Wan Kenobim. Trylogia to znakomity kawałek powieści awanturniczych. Większość czasu Han spędza na pracy przemytnika dla Huttów (tu poznaje m.in. znanego z filmów Jabbę) oraz na romansach z atrakcyjnymi kobietami. Crispin znakomicie pokazuje osobowość Hana, faceta o dobrym sercu, którego życie zmusiło do bycia twardzielem. Dowiadujemy się też wielu innych smaczków: skąd wzięła się przyjaźń Hana z Chewbaccą i w jakich okolicznościach Han zdobył „Sokoła Millenium”.
Zajęcia fakultatywne dla zainteresowanych 1. Kevin J. Anderson, Rebeca Moesta, cykl „Młodzi Rycerze Jedi” (lista książek); 23 ABY Seria dla nastolatków. W Polsce wyszło tylko sześć z czternastu tomów. Opowiada o Jacenie i Jainie, dzieciach Hana i Lei oraz ich przyjaciołach, którzy uczą się w Akademii Jedi Luke’a Skywalkera. Do klimatu „Gwiezdnych Wojen” dodają nieco „High School Drama”.
2. Różni autorzy, cykl „Nowa Era Jedi” (lista książek); 25-30 ABY Cykl, który wywrócił świat Gwiezdnych Wojen o 180 stopni. opowiada o inwazji na galaktykę Yuzhaan Vongów, rasy o zupełnie innej mantalności i kulturze, która chce wytępić całe życie w Galaktyce, by zastąpić je swoją biotechnologią. Sama idea, jakkolwiek ciekawa, nie pasuje do klimatu „Gwiezdnych Wojen”. Książki są dość niespójne, mają nierówny poziom, a autorzy często kompletnie zmieniają zachowania postaci, by pasowały do ich koncepcji, powodując spory dysonans, jednocześnie faworyzując swoje postacie (większość autorów pisała już wcześniej powieści z tego świata). Powieści te kładą grunt pod niemal całkowite odejście od świata Lucasa w kontynuacjach cyklu. To właśnie ta seria sprawiła, że zraziłem się do nowych publikacji Rozszerzonego Wszechświata.
3. Zbiory opowiadań Na polskim rynku jest ich kilka. jak większość zbiorów są nierówne, choć można znaleźć w nich ciekawe perełki. Opcja dla fanów Rozszerzonego Wszechświata.
4. Brian Daley, „Przygody Hana Solo”; 2 BBY Seria trzech minipowieści, zazębiająca się z dziełami A.C. Crispin. Nowsze wydania są w jednym tomie, starsze to trylogia.
5. L. Neil Smith, „Przygody Lando Carlissiana”; 4 BBY Trzy minipowieści, wzorowane na książkach Daley’a.
6. Steve Perry, „Cienie Imperium”, 3,5 ABY Ciekawa adaptacja komiksu. Luke i Leia szukają pomocy wśród mafii między „Imperium Kontratakuje” a „Powrotem Jedi”.
7. Kathy Tyres, „Pakt na Bakurze”, 4 ABY Akcja powieści zaczyna się w dzień po zakończeniu „Powrotu Jedi”. Imperium i Rebelianci jednoczą się przeciwko groźniejszemu wrogowi.
8. Dave Wolverton, „Ślub Księżniczki Lei” Bogaty książę oświadcza się Lei, która rozważa przyjęcie jego ręki, by zdobyć fundusze dla Nowej Republiki. Han Solo uprowadza ją na dziką planetę Dathomirę. Seria X-Wingi Allstone’a jest w pewnym sensie prequelem tej powieści.
czwartek, 11 sierpnia 2011
Trudi Canavan, australijska autorka fantasy, jest dość znana w naszym kraju. Weszła na rynek bardzo dobrą Trylogią Czarnego Maga, która zapoczątkowała serię książek osadzonych w tym świecie. W naszych księgarniach można nabyć sześć części, siódmą wciąż pisze autorka.
Znając panią Canavan z dość dobrej strony siadłem do jej pierwszego zbioru opowiadań z nadzieją na niezłą literaturę, choć nieco zawiodła mnie licha ilość materiału (niespełna 200 stron bardzo dużym i rozstrzelonym drukiem, a zmieściło się w tym pięć opowiadań). Pierwsze, tytułowe opowiadanie, „Szepty Dzieci Mgły” wygrało australijską nagrodę dla najlepszego opowiadania fantasy 1999 r. No cóż, nawet gdyby było to jedyne opowiadanie w konkursie, nie przyznałbym mu żadnej nagrody. Przewidywalna fabuła, banalny pomysł, akcja nudna jak flaki z olejem, ani treść ani forma nie wzbudziły nawet na moment mojego zainteresowania. Miałem wrażenie, że czytam dzieło stworzone na potrzeby licealnego konkursu. Drugim opowiadaniem, najdłuższym, jest „Szalony Uczeń”. To jedyny element tego zbioru, którego nie ocenię negatywnie. Historia nie porwała mnie, ale jest częścią, i to istotną, świata, w którym rozgrywa się akcja Trylogii Czarnego Maga. Jako fan tej serii znalazłem dla siebie sporo smaczków, ale jednocześnie poczułem zawód. Płytka i schematyczna fabuła, brak zaskakujących zwrotów akcji czy ciekawych postaci to główne zarzuty, jakie można postawić tej historii. Czytelnicy, którzy nie zapoznali się wcześniej z innymi książkami Trudy Cnanavan, zapewne nie odnajdą w tym opowiadaniu nic ciekawego. „Markietanka” to opowiadanie, które do pewnego momentu jest nawet niezłe. Potem jednak autorka zbyt nachalnie podaje wskazówkę, która rozwikłuje całą tajemnicę. Ciekawy pomysł, klimat podobny nieco do „Ery Pięciorga”, ale ostatecznie autorce zabrakło chyba konceptu na dobry punkt kulminacyjny i zakończenie, z którymi uchodzą resztki czytelniczych nadziei. „Przestrzeń dla siebie” ma formę pamiętnika. Eksploruje stary jak literatura fantasy, a nawet jeszcze starszy, motyw różnego upływu czasu w pewnych miejscach. Wydaje mi się, że Canavan uznała, że ten „oryginalny” (C.S. Lewis, czytała?) pomysł zastąpi całą fabułę. Niestety znów wpadamy w banał i utarte koleiny schematów, które można odnaleźć w setkach internetowych fanzinów. Ostatnie opowiadanie „Biuro Rzeczy Znalezionych” podejmuje kolejny zgrany motyw: co jeśli zabiorę coś, co do mnie nie należy. Oczywiście klątwa. I co? I nic? Właśnie zdradziłem Wam całą fabułę i punkt kulminacyjny tego opowiadania:)
Całość można opisać w kilku słowach: za szybko, za krótko, bez pomysłu, schematycznie. „Szepty Dzieci Mgły” są jednym z najsłabszych zbiorów opowiadań, jakie miałem okazję w życiu przeczytać i odradzam sięganie po tę książkę. Fani „Trylogii Czarnego Maga” odnajdą odrobinę przyjemności w lekturze „Szalonego Ucznia”, ale cała reszta jest tylko stratą czasu. Trudi Canavan, „Szepty Dzieci Mgły i inne opowiadania”
wtorek, 26 lipca 2011
Wreszcie jest! Ostatni, szósty tom, zamykający cykl o przygodach współczesnego informatyka, maturzysty oraz dziewiętnastowiecznej szlachcianki, rzuconych w wir wydarzeń państw nadbałtyckich w połowie XVI w. Cykl zyskał oddanych zwolenników, w tym i autora niniejszego bloga, ale przedostatni tom pozostawił spory niedosyt, wydawał się być tomem na przeczekanie, który przygotowuje grunt pod świetny finisz. Zakończenie już znam, książkę łyknąłem w 4,5 godziny (jak siadłem o 20, tak skończyłem o 0.30 w nocy). Ale po kolei. W szóstym tomie spotykamy wszystkich znanych wcześniej bohaterów. Staszek opiekuje się wracającą do zdrowia Helą w Gdańsku. Jednak jego śladem podążając mordercy znaczący się wilczymi ogonami. Po jego stronie ponownie stanie królewski justycjariusz Grzegorz Grot, a także przybyły z Niderlandów szermierz na usługach Hanzy. Tymczasem Marek, wyrwany podstępem z więzienia, trafia do niewoli Hanzy. Niewoli luksusowej, bo Hanza ma u niego dug, ale jednak niewoli. Cała trójka przybyszów z przyszłości ma inne rzeczy na głowie niż szukanie Oka Jelenia, zwłaszcza, że zniknęła Ina, mechaniczna łasica. Jednak czy potężne siły wszechświata mogą naprawdę zapomnieć o bohaterach?
W sześciu tomach Pilpiuk dotknął wielu wątków. Pisał o walce o dominację nad Bałtykiem, o prawach Hanzy, która jednocześnie ogranicza prawa innych, dotknął wielu kwestii z kupieckiego życia czy nawet wypraw w poszukiwaniu złota do Nowego Świata. A w tle tajemnice, kosmici i pierwsze starcia o Inflanty, które przerodzą się ostatecznie w I wojnę północną. Niestety tak wiele rozpoczętych wątków sprawia, że niektóre muszą być zamknięte w „Sferze Armilarnej” dość gwałtownie, zdawkową wzmianką lub pozostać zupełnie bez rozwiązania. Nie chcę zdradzać zbyt wiele czytelnikowi, który sięgnie dopiero po książkę, ale na pewno nie wszystkie wątki zakończą się w sposób dla czytelnika satysfakcjonujący (niezależnie czy preferuje zakończenia pomyślne czy też nie).
Na uwagę zasługuje ogrom pracy, jaką wykonał Andrzej Pilipiuk przy całym cyklu „Oko Jelenia”. Zresztą pisze o tym w dość obszernym posłowiu. Z zadziwiającą starannością oddaje architekturę, stroje, obyczaje, choć, jak sam przyznaje, modyfikuje je nieco, bo gdyby jego XVI wiek był w 100% realistyczny, to współcześni bohaterowie kompletnie by się w nim nie umieli odnaleźć. Efekt jest o tyle ciekawy, że często Pilipiuk musiał własnym logicznym rozumowaniem uzupełniać fragmentaryczną wiedzę naukową. Fakt, że jest do tego dobrze predysponowany – z wykształcenia jest archeologiem.
„Oko Jelenia. Sfera Armilarna” to kawał bardzo dobrej książki. Pisana przyjemnym, lekkim językiem. Mniej jest w niej męczących dłużyzn niż w „Triumfie Lisa Reinicke”, choć też się zdarzają. Wydaje mi się jednak, że Andrzej Pilipiuk padł ofiarą własnego talentu. Po rewelacyjnych trzech pierwszych tomach spodziewałem się czegoś jeszcze lepszego. Tymczasem dostaliśmy książki dobre, poza piątym tomem nawet bardzo dobre, ale lekki niedosyt jednak pozostaje… Mimo to każdy fan fantastyki oraz historii powinien zapoznać się z tym cyklem, bo żaden minus nie jest w stanie przysłonić jego olbrzymich plusów.
P.S. Jakby ktoś nie wiedział, co to jest sfera armilarna, niech kliknie w link
Andrzej Pilipiuk, "Oko Jelenia. Sfera Armilarna"
ZOBACZ TEŻ:
Andrzej Pilipiuk, „Oko jelenia. Triumf Lisa Reinicke” Andrzej Pilipiuk, „Wampir z M-3” |